Piatek, 8 sierpnia. Pobudka o 5:00. Szybkie sniadanie i o 6:15 ruszamy znow na polnoc. Tym razem celem podrozy sa: Laporte i Itasca Park.

W Laporte mieszka Steve, kolega wujka, ktory ma tam calkiem spory kawalek lasu. Idealne miejsce do polowania 馃檪 U Steve’a zostawilismy mieszanke cukrowo-cynamonowa do dokarmiania niedzwiedzia. Potem odwiedzilismy jego sasiada Boba, u ktorego zostawilismy samochod do naprawy. Zrobilem tam pare zdjec i Steve zazartowal, ze jak pokaze te zdjecia w Polsce i ludzie zobacza Boba to nigdy nie beda chcieli przyjechac do USA. Powiedzial, ze Polacy pomysla, ze w USA mieszkaja niewyksztalceni wiesniacy chodzacy z bronia i strzelajacy do wszystkiego co sie rusza 馃槈 (ang. „When he comes back to Poland and show the pictures people will think that there are just rednecks with guns in US.”). Zdjecie Boba pod spodem – teraz sami zdecydujcie czy warto tu przyjezdzac czy nie. Potem ruszylismy do oddalonego o 20 mil Itasca Park.


W Itasca Park znajduje sie m.in. jezioro Itasca, w ktorego wyplywa druga co do wielkosci rzeka USA – Mississippi. Jezioro jest malutkie, a rzeka przy swoim zrodle jest tak plytka, ze woda siega do kostek. Spokojnie mozna przejsc z jednego brzegu na drugi, bo szerokosc rzeki to jakies 7-8 metrow. To byl naprawde niesamowity widok, trudno bylo uwierzyc, ze potezna rzeka, ktora widzialem w Minneapolis, u swojego zrodla jest zaledwie malutkim strumykiem.

Z Itasca Park pojechalismy z powrotem na posesje Steve’a zeby sobie troche postrzelac. Pierwszy raz w zyciu strzelalem z ostrej broni 馃檪 Kilka strzalow z rewolweru, potem kilka z karabinu. Ani razu nie trafilem tam gdzie chcialem, hehe 馃槈

Po strzelaniu pojechalismy do Bemidji, gdzie miala byc impreza (festyn) organizowany przez ludzi, ktorzy walcza badz walczyli z rakiem. Miala to byc wielka feta z jedzeniem, muzyka, itp. Po przyjechaniu na miejsce wygladalo to bardziej jak stypa. Muzyczke ledwo bylo slychac, ludzi malo, wiec zwinelismy sie i ruszylismy w dluga droge powrotna do domu.

Odwiedzone miejsca: