Właśnie upływa nasz ostatni dzień w Chinach… Nie możemy się doczekać powrotu do Wrocławia i do pracy – w końcu odpoczniemy po ciężkim urlopie ;). Codziennie wracamy zmęczeni jakbyśmy przez cały dzień orali pole. Pekin jest ogromny i przemieszczanie się z miejsca na miejsce nawet przy użyciu metra jest bardzo męczące i czasochłonne. A metrem zazwyczaj jeździ się w stylu „plecy na szybie”, bo jest taki tłok, że ciężko wsiąść i jeszcze ciężej wysiąść ;).

Ok, tyle tytułem wstępu… Ponieważ przed nami jeszcze pakowanie przed wyjazdem, w skrócie zdamy relację z naszych ostatnich trzech dni w Pekinie.

Odwiedziliśmy m.in.:

Plac Tian’anmen

Tego placu nie trzeba reklamować. Jest znany na całym świecie z tego, że w 1989 roku chińska armia została brutalnie zmasakrowana przez nieuzbrojonych studentów (wg. źródeł chińskich) ;). Wybraliśmy się tam o wschodzie słońca, żeby zobaczyć ceremonię wciągania flagi. Udało nam się zobaczyć czubek masztu i wysłuchać hymnu. Reszta była niewidoczna, bo oczywiście zanim tam dotarliśmy to wszyscy już tam na nas czekali ;). Chcieliśmy jeszcze rzucić okiem na czczone przez Chińczyków zwłoki Mao Zedonga, ale po zakończeniu hymnu wszyscy pobiegli do kolejki pod mauzoleum. Nie można robić zdjęć wielkiemu przewodniczącemu, więc stwierdziliśmy, że nie opłaca się stać kilku godzin w kolejce. Plac Tian’anmen jest ogromny, przed wejściem na plac ustawione są Security Check Pointy, gdzie skanują torby i plecaki. Jest pełno policjantów i żołnierzy, którzy pilnują porządku. Z sympatyczniejszych rzeczy – od rana przychodzą tam ludzie puszczać latawce – na pierwszy rzut oka myśleliśmy, że nad placem krążą jastrzębie ;).

Muzeum Nauki i Techiniki

Myśleliśmy, że będzie przypominało muzeum w Szanghaju więc z bananem na ryju ochoczo kupiliśmy bilety i ruszyliśmy zwiedzać. Radość nie trwała długo, bo okazało się, że połowa eksponatów jest nieczynna, a druga połowa zepsuta ;). Jednym słowem – porażka. A najlepsze jest to, że to muzeum zostało otwarte miesiąc temu. Widać, że jest to prawdziwe dzieło Made in China.

Hutongi

Pekin słynie z hutongów, czyli niskich domków poprzecinanych wąskimi uliczkami. Domki te są bardzo stare, mimo to wciąż mieszkają w nich ludzie w bardzo prymitywnych warunkach. Nie ma tam kanalizacji, za to prawie każdy domek ma klimę ;). Panuje tam niesamowity nastrój i klimat starego Pekinu. Im głębiej się zapuszczaliśmy, tym mniej było naciągaczy a więcej życzliwych i uśmiechających się ludzi.

Park Jingshan

Widać z niego panoramę Zakazanego Miasta, ale warto tam przyjść ze względu na ludzi, którzy przychodzą tam aby tańczyć, grać w gry, puszczać latawce, ćwiczyć tai chi. Od Chińczyków można się nauczyć sposobów spędzania wolnego czasu, tego będzie nam brakowało w Polsce :(.

Wybraliśmy się też do dwóch marketów. W jednym, Hongqiao, zrobiliśmy małe zakupy – „oryginalna” torba Samsonite i trochę pamiątek. Trzeba się tam ostro targować, bo ceny „startowe” są 3-4 razy wyższe od końcowych. I nie da się tam spędzić za dużo czasu, bo sprzedawcy albo ciągną za rękę, albo krzyczą „hello”. Na dłuższą metę jest to męczące. W drugim, przy jednej z odnóg ul. Wangfujing, wpadliśmy na chwilę, żeby zaspokoić nasz głód (i ciekawość) i zjedlismy skorpiony i koniki polne. Naprawdę bardzo smaczne, polecamy! Ceny są tam dużo niższe niż na nocnym targu i nie oszukują. Na nocnym targu dziwnym trafem dwa razy pod rząd zostaliśmy oszukani – przy płaceniu banknotem 100Y wydawano nam o 10 yuanów za mało. Dobrze, że przeliczaliśmy resztę przy sprzedawcach – oddali pieniądze :).

To tyle. Wrażeń było oczywiście dużo więcej, ale nie sposób wszystkiego tutaj opisać. Zdjęcia z ostatnich trzech dni dodamy po powrocie do Polski, bo czas już iść spać – przed nami ponad 19 godzin podróży!!!