Nihao!

Podróż do Chin zajęła nam w sumie tylko 32 godziny ;).

Wystartowaliśmy o 7:00 rano, po ok. 3 godzinach byliśmy już na lotnisku w Berlinie. Pożegnaliśmy rodziców maczka, którzy zawieźli nas na lotnisko i rozpoczęliśmy naszą przygodę.

Najpierw polecieliśmy do Londynu (bo to oczywiście jest po drodze do Pekinu ;)). W Londynie mieliśmy trochę czasu, więc postanowiliśmy napełnić nasze brzuchy pysznym angielskim jedzonkiem. Ustawiliśmy się w kolejkę do najsympatyczniej wyglądającej restauracji – Giraffe. Maczek miał ochotę na angielskiego burgera, a myszka na meksykańskie enchilady. No cóż… jedzonko nie należało do najprzepyszniejszych i najtańszych (burger kosztował ok. 45zł!!! a smakował jak przed-przed-przed-przedwczorajsza bułka). Enchilady też raczej nie miały nic wspólnego z Meksykiem… dlatego polecamy brać swój własny prowiant.

Po jedzonku ruszyliśmy do gejta A10c, z którego miał startować aeroplan do Beijing. Ku naszemu zdziwieniu nie było tam prawie żadnych Chińczyków. Najbardziej rzucała się w oczy jakaś męska wycieczka (technikum?) ze Szwecji – ponad 20 pięknych zdrowych aryjczyków, nie mających nic wspólnego z powabem orientu.

Dzięki sprawnie przeprowadzonej „akcji znicz” (czyt. odprawa on-line) dzień wcześniej mieliśmy już zarezerwowane super miejscówki z nieograniczonym miejscem na nogi. Lot więc był w miarę wygodny.

Niestety samolot nie należał do najnowocześniejszych, być może tak właśnie jest w British Airways, ale zawiodły nas mocno telewizorki w samolotach. Po pierwsze nie było możliwości wybierania filmów, tak jak jest np. w liniach Continental i trzeba było oglądać to co leciało. Dostępnych było ok. 15 kanałów, wszystkie w jakości jak z VHS-u z lat 90-tych. W telewizorkach były również gry. Ładowały się od kilku do kilkunastu minut, a po załadowaniu była niespodzianka – strzałki na pilocie nie działały tak jak należy. Tzn. żeby iść w lewo trzeba było wciskać górę, prawo to był dół, góra – prawo, a dół – lewo. Proste, nie?

Po przylocie do Pekinu musieliśmy przejść przez kilka bramek, w których trzeba było oddać deklaracje wypełniane w samolocie. Jedna z bramek wyposażona była w skanery temperatury i pracujący tam Chinole wpisywali naszą temperaturę do kart, które im oddaliśmy. Ponoć wszystkich, którzy mają temp. powyżej 37,5 C odsyłają do szpitala. Ma to zapobiec epidemii świńskiej grypy. Na kartkach, które oddaliśmy trzeba było wpisać miejsce, na którym się siedziało w samolocie i gdzie będziemy przebywać przez następne 7 dni, żeby móc nas później odnaleźć gdyby okazało się, że w samolocie był ktoś chory.

Na lotnisku w Pekinie musieliśmy przejechać z terminala 3 do terminala 2. Podróż trwała ok. 20 minut i wydawało nam się, że jedziemy przez jakieś miasto a okazało się, że lotnisko jest tym miastem. Po przyjeździe udaliśmy się do banku, żeby wymienić pieniądze. Słuchając rad znajomych wymieniliśmy od razu wszystkie dolary, bo rzekomo taka transakcja miała bardzo długo trwać. W rzeczywistości trwało to nie więcej niż 10 minut. Zjedliśmy też pierwsze prawdziwe chińskie danie – myszka zjadła ryż z „czymś”, a maczek makaron z „czymś”. Nie wiemy co to było to „coś”, ale było całkiem dobre. Smakowało podobnie jak wołowina. A makaron maczka to tak naprawdę było coś a’la polski rosół z kawałkami mięsa.

Potem mieliśmy jeszcze niespełna 3 godzinną przerwę i ryszyliśmy do Chengdu. W samolocie dopadło nas zmęczenie i padliśmy jak muchy. Obudził nas zapach jedzenia 😀

Chengdu przywiatało nas niestety deszczem. Miasto położone jest w dolinie i pada tu podobno dość często. Zgodnie ze wskazówkami wydrukowanymi ze strony naszego hostelu mieliśmy olać lotniskowy autobus 303 i poszukac miejskiego autobusu 300 oddalonego 90 metrów na północny wschód. Sęk w tym że kompas nie zmieścił się do naszych tobołków i przez pół godziny kluczyliśmy pomiędzy parkingiem a przystankiem 303. Napisaliśmy ładnie na kartce „BUS 300”, pokazywaliśmy dookoła ale udawali, że nie wiedzą o co chodzi. Zrezygnowani wsiedliśmy do 303 i za 10 yuanów dotarliśmy do centrum miasta i tam zaczęła się prawdziwa przygoda. W strugach deszczu i po ciemku szukaliśmy taksówki, która dowiezie nas do hostelu. Nie wiedzieć czemu każdy zatrzymany przez nas taksówkarz kiwał głową „nie, nie”. Maczek postanowił skorzystać z dobrodziejstw nowoczesnej techniki i odpalił GPSa w telefonie, ale spowodowało to niemałe zamieszanie, bowiem według GPSa mieliśmy się poruszać w kółko. Może Chińczycy oprócz blokowania Internetu zakłócają też komunikację satelitarną? W końcu dotarliśmy do punktu wyjścia, skąd wypatrzyliśmy kilka taksówek stojących na skrzyżowaniu. Okazało się, że oprócz nas jest też sporo innych osób chętnych do jazdy, ale taksówkarze się tym nie przejmowali, palili sobie papierosy i ponownie kiwali głowami „mówiąc” nie. Pewien pan powiedział nam, że taksówkarze prawdopodobnie kończą teraz pracę i jest zmiana, i trzeba będzie trochę poczekać. Podsunął nam pomysł, żebyśmy przejechali się rikszą do hostelu. I tak też zrobiliśmy. Dogadaliśmy się z panem kierowcą trochę po angielsku, trochę po chińsku, trochę na migi i trochę uniwersalnym językiem jakim są… pieniądze :). Zaproponował nam, że za jedyne 40 yuanów dowiezie nas do hostelu. Nie mieliśmy siły się targować, w sumie to nawet wtedy nie przyszło nam to do głowy, i zgodziliśmy się na przejażdżkę, której długo nie zapomnimy. Jeśli ktoś myśli, że w Chinach istnieją przepisy ruchu drogowego to jest w błędzie. Nasza riksza jechała pod prąd, ulicami, chodnikami, o mało nie potrącając pieszych i nie wyrzucając nas po drodze. Kierowca nie używał lusterek, tylko wychylał się i patrzył czy nic nie jedzie, a lusterka miał zaklejone jakąś taśmą – pewnie chroniła je, żeby w razie wypadku się nie stłukły – w końcu stłuczone lustro to siedem lat nieszczęść ;).

Koniec końców dojechaliśmy bezpiecznie do hostelu. W tej chwili relaksujemy się w barze pijąc chińskie piwko (5 yuanów za butelkę = ok. 2,20zł) i pisząc do Was te słowa. Niebawem kolejna część relacji, pozdrawiamy! 🙂

Z powodu problemów technicznych z Internetem (prędkość tutaj wynosi w porywach aż 1KB/s) zdjęcia wrzucimy troszkę później.