No i jesteśmy w Polsce :). Podróż powrotna trwała niespełna 30 godzin i trochę nas wymęczyła, a zmianę strefy czasowej odczuwamy do dzisiaj. Myszka budzi się wypoczęta o 4:30, maczek (aka „Nocny Marek”) chodzi spać o 21:00 i wstaje o 6:00 zamiast jak dotychczas o 9:00 ;). No ale pewnie za parę dni wszystko wróci do normy ;).

Wyprawę możemy uznać za w pełni udaną :). Chiny to kraj nie tylko odległy geograficznie, ale również kulturowo. Ludzie zachowują się tam zupełnie inaczej niż w Europie. Niektóre zachowania nam się podobały, inne śmieszyły, były też takie, które nas irytowały.

Co nam się podobało:

  • Sposób spędzania wolnego czasu przez Chińczyków, czyli taniec w parku, tai-chi, puszczanie latawców, granie w gry (szachy, go, mahjong, karty). Mimo komunizmu, ludzie potrafili się cieszyć i korzystać z życia 🙂
  • Pyszne jedzenie! Podczas całej wyprawy staraliśmy się jeść to co Chińczycy i wszystko bardzo nam smakowało. Raz tylko nie trafiliśmy z daniem, bo zamiast pysznej wieprzowinki z warzywami dostaliśmy jakieś poćwiartowane kawałki tłuszczu. Nie dało się tego przełknąć 😉 Maczkowi bardzo przypadła do gustu ostra kuchnia z okolic Chengdu i bardzo aromatyczny pieprz syczuański, który oczywiście przywieźliśmy ze sobą do Polski :). Myszka uwielbiała wszelkie bułeczki i pierożki gotowane na parze, które wciągaliśmy na pierwsze śniadanie. Miały różne nadzienia – na słodko, warzywne, mięsne, z makaronem sojowym, itp. Były bardzo tanie i smaczne. Będzie nam tego brakować. Generalnie staraliśmy się jeść w miejscach mało turystycznych, a nawet w odradzanych przez przewodnik, czyli na straganach i w małych restauracjach, gdzie jadali sami Chińczycy i gdzie warunki higieniczne na pierwszy rzut oka nie spełniały norm europejskich. I tutaj musimy zaznaczyć, że przez cały pobyt nie mieliśmy w ogóle żadnych dolegliwości żołądkowych! 🙂 Jeśli ktoś chce spróbować prawdziwej kuchni chińskiej to naszym zdaniem powinien jadać w takich właśnie miejscach, a unikać eleganckich i drogich restauracji, w których jedzenie jest dostosowywane do podniebień europejskich.
  • Cuda na kiju ;), czyli najprzeróżniejsze mięska, warzywa, itp. nabite na patyk i grillowane lub smażone w woku. Palce lizać!
  • Sposób podawania dań, czyli wszystkie potrawy na środku stołu, tak żeby każdy z siedzących przy stole mógł skosztować każdej z potraw 🙂
  • Życzliwość ludzi :). Generalnie ludzie byli dość życzliwi i pozytywnie nastawieni do obcych, a najbardziej było to widać na prowincjach poza miastem, gdzie nikt nie mówił po angielsku i trzeba było się porozumiewać na migi.
  • Różnorodność geograficzna – piękne widoki i prawdziwe cuda natury, choć widzieliśmy zaledwie ułamek z tego co Chiny mają do zaoferowania.
  • Herbata chryzantemowa (słyszał ktoś kiedyś o takiej?) – jedna z najlepszych herbat jakie w życiu piliśmy, zrobiona z ususzonych kwiatów chryzantemy. Jeśli ktoś chciałby spróbować to niech jedzie do Chin (albo niech przyjeżdża do nas:) ).

Co nas śmieszyło:

  • Zdjęcie z białasem. Bardzo dużo Chińczyków nas fotografowało i fotografowało się z nami, jakbyśmy byli co najmniej przybyszami z obcej planety. Wymyśliliśmy więc nowy termin „chinese combo”, czyli w skrócie „zrób zdjęcie znanemu miejscu (np. Buddzie w Leshan) i białasowi za jednym zamachem – zdobędziesz kombosa i dostaniesz podwójne 100 punktów!” ;).
  • Spawanie bez masek ochronnych – w Polsce nie do pomyślenia, w Chinach normalka.
  • Pakowność rowerów, motorowerów i riksz. Polskie firmy przewozowe powinny się uczyć od Chińczyków ile skrzynek towaru można zapakować na rower ;). Śmieszne było też to, jak jeździli na swoich jednośladach. Nierzadko można było zobaczyć po 3-4 osoby na skuterze + towar trzymany w reklamówkach, albo dzieci stojące (sic!) na bagażniku i trzymające tatusia za szyję, podczas gdy tatuś prowadził skuter.
  • Jazda pod prąd i bez świateł. Przekonaliśmy się o tym w pierwszy dzień podczas morderczej podróży rikszą z centrum Chengdu do naszego hostelu. Cud, że przeżyliśmy 😉
  • „Wyspecjalizowane” ulice, które widzieliśmy głównie w Chengdu. Polegało to na tym, że na jednej ulicy stało obok siebie kilkanaście sklepów o takiej samej branży. Czyli np. sklepy meblowe – 8 pod rząd, sklepy z oświetleniem – 10 pod rząd, sklepy z wentylatorami i klimą – 7 pod rząd, ulica „spawalnicza”, czyli kilkanaście warsztatów jeden obok drugiego, itd.
  • Narzucone przez rząd uwielbienie Mao Zedonga. Mao był widoczny wszędzie począwszy od pieniędzy, na których widnieje jego podobizna, poprzez koszulki, czapeczki, torby, plakaty, obrazy, figurki, a na zegarkach skończywszy. Szkoda, że młode pokolenie nie zdaje sobie sprawy kim tak naprawdę był Mao.
  • Szpony, czyli 2-3 cm pazury u mężczyzn. Wyglądało to co najmniej śmiesznie, a często wręcz obleśnie 😉 No ale Chinkom chyba się podoba 😉
  • Plucie w miejscach publicznych. Nagminne i praktykowane przez wszystkich – dzieci, mężczyzn, kobiety, mnichów, itp. itd. I to nie takie dyskretne splunięcie, ale głośna chara spod serca ;). Maczek szybko podłapał klimat i pod tym względem zachowywał się jak rasowy Chińczyk ;).

Co nam się nie podobało:

  • Blokowanie Internetu. Sieć działała koszmarnie wolno, bo każdy request jest filtrowany pod względem treści przez Wielki Firewall, przez co pisanie przez nas notek często było syzyfową pracą ;). Dużo stron jest zablokowanych, m.in. YouTube i Vimeo, podobnie jak wszystkie strony niewygodne dla rządu np. głoszące prawdę na temat praw człowieka w Chinach, opisujące „dokonania” Mao, sytuację w Tybecie czy podające informacje o protestach na placu Tian’anmen. Przez to młode pokolenie dorasta w Matrixie i nie wie co tak naprawdę dzieje się w ich kraju.
  • Brak respektowania przepisów ruchu drogowego – w Chinach piesi nie mają żadnych praw i każde przejście przez ulicę było dla nas wyzwaniem. Samochody nie zatrzymywały się na czerwonym świetle, często jeździły pod prąd, bez świateł. Pieszy nigdy nie ma tam pierwszeństwa, nawet na pasach gdy ma zielone światło. Koszmar! Dwa razy jechaliśmy rikszą pod prąd i bez świateł – w Chengdu i Yangshuo, raz widzieliśmy wypadek – dwa samochody się zderzyły, bo jeden jechał pod prąd na 6-pasmowej ulicy przedzielonej na środku pasem zieleni. Jak on to zrobił – nie wiemy 😉
  • Naganiacze. Najlepiej nie zaczynać z nimi w ogóle rozmowy, bo ciężko ich odpędzić. W sklepach i na straganach nie ma możliwości obejrzenia w spokoju oferowanego towaru, bo od razu w ruch idzie kalkulator i sprzedawcy zmuszają do podawania swojej ceny. Nie docierało do nich, że nie chcemy czegoś kupić bo nam się nie podoba. Zawsze krzyczeli „tell me how much!”. Nie lubimy się targować, ale w Chinach wychodziło nam to całkiem nieźle, dużo lepiej niż w Egipcie. Łatwo zbić cenę 3-4 krotnie.
  • Chińskie toalety publiczne. Większość brudna, śmierdząca, bez papieru toaletowego, mydła i wody. Przeważały kibelki w stylu „na Małysza”, bardzo często bez drzwi, albo z niskimi drzwiami, tak że było widać głowę, co pewnie sprzyjało brataniu się ze współtowarzyszami ;). Dużo toalet miało też jedną wspólną „rynnę”, która przechodziła przez wszystkie kabiny – coś jak „pływające sushi” ;). Zapach w większości z nich był nie do zniesienia, co pomagało maczkowi trenować freediving – załatwianie się na bezdechu ;).
  • Inne ceny dla Chińczyków, i inne dla białych turystów. Przykład – byliśmy w sklepiku w Szanghaju i przy nas Chińczyk kupował Pepsi 0,5l. Zapłacił za nią 3 yuany. Potem my chcieliśmy kupić ice tea, która jest tańsza od Pepsi i ku naszemu zdziwieniu facet zażądał 6 yuanów! No to poprosiliśmy też o Pepsi – również 6 yuanów. Grrrr… To nam się zdecydowanie nie podobało. Ale trzeba przyznać, że zjawisko to występowało wyłącznie w miejsach mocno turystycznych. Poza takimi miejscami było ok.
  • Zupełny brak kultury w metrze. Było to widoczne najbardziej w Szanghaju (Pekin jest trochę bardziej cywilizowany). Otóż, na stacjach metra przy torach były namalowane strzałki, które pokazywały gdzie należy się ustawić w kolejce i którędy należy wypuszczać ludzi z metra. Generalnie chodziło o normalną zasadę – najpierw wypuść ludzi z pociągu, potem wsiadaj. W Szanghaju rozumiane jest to inaczej. Kolejka ludzi stoi na wyznaczonych miejscach ale gdy tylko podjeżdża metro i otwierają się drzwi tłum od razu wbija do środka nikogo nie wypuszczając. Trzeba naprawdę mieć niezłą siłę przebicia, żeby się z metra wydostać! 😉