Wczorajszy dzień (5.10) spędziliśmy również na zwiedzaniu Chengdu. Z samego rana pojechaliśmy do Instytutu Badania i Hodowli Pand. Trzeba tam przybyć wcześnie rano, żeby załapać się na moment największego ożywienia się miśków, kiedy to podawane im jest śniadanie. Pozostałą część dnia pandy kimają :) O poranku wcinają pędy bambusa, huśtają na huśtawkach (!), młodsze wdają się w bójki, starsze pozują turystom do zdjęć. Bardzo pocieszne zwierzaki, niestety na wyginięciu… Jak dowiedzieliśmy się z filmu pokazowego, samice pand niezbyt chętnie garną się do macierzyństwa, a młode pandy często giną zaraz po porodzie gdyż są zupełnie bezbronne – ważą tylko 150 gram, są ślepe i głuche i zdane na tylko matkę przez pierwsze pół roku życia.

Później pojechaliśmy do Świątyni poświęconej słynnemu wojownikowi z okresu starożytnych Chin- panu Zhuge Liang. Myszka poleca 5 godzinny film “Trzy Królestwa” Johna Woo, który przybliży wam tą osobę :)

Kolejnym punktem zwiedzania była dzielnica tybetańska, wypełniona straganami, gdzie można kupić tybetańskie pamiątki i spotkać mnichów oraz zjeść tybetańskie jedzenie, co też ochoczo uczyniliśmy. Słynna tybetańska herbatka z masłem przypadła nam do gustu tylko połowicznie, ale już tybetański chleb z mięsem yaka i pierożki były przepyszne. Pierożki były z tego najbardziej egzotyczne, przypominały w smaku pierogi ruskie :) Przy stoliku obok siedział chyba właściciel kanjpki, do kelnerki przychodziły, dyktowały zamówienie, które on spisywał po tybetańsku w zeszycie, gdy chcieliśmy zapłacić wyciągnął gadający kalkulator i podliczył.

Chengdu ogólnie nam się bardzo podoba, jest bardzo duże, centrum poprzecinane jest ulicami 8, 10-pasmowymi, same wieżowce i ekskluzywne sklepy, ale kilka przystanków dalej są już swojskie ulice z różnymi warsztatami usługowymi, sklepami i restauracyjkami. Znakomitym pomysłem wydaje się tu segregacja tematyczna handlu. Widzieliśmy całą długą ulicę z akwariami z rybkami, inna to garaże wypełnione kuchenkami gazowymi, albo sprzętem geodezyjnym :)

Autobusy są klimatyzowane i strasznie tanie (2 yuany) a przede wszystkim bardzo bezpieczne, gdyż wchodząc do autobusu głos z głośnika przypomina żeby dla własnego i innych bezpieczeństwa nie przewodzić autobusem materiałów wybuchowych. My się do tego stosujemy i mamy nadzieje, że inni także :)

Dzisiaj (6.10) wyruszyliśmy do oddalonego od Chengdu o 14o kilometrów miasteczka Leshan (co po chińsku znaczy Szczęśliwa Góra), słynącego z wielkiego posągu siedzącego Buddy wykutego w skale. Posąg został wykuty nad brzegiem porywistej rzeki, aby uchronić przepływające statki przed zatopieniem. I rzeczywiście tak się stało, bo odłamy skalne spadające do wody w trakcie budowy Wielkiego Buddy uspokoiły rzekę. Do dzisiaj część mieszkańców Leshan wierzy, że to Budda sprawił, że statki przestały tonąć.

W planach mieliśmy zwiedzenie tylko Buddy ale los (czyt. taksówkarz) zaprowadził nas do innego wejścia, gdzie trzeba było wykupić (i przejść) przez park Buddy. Z początku byliśmy trochę wkurzeni, że musimy dopłacać za jakiś park, ale okazało się, że dodatkowe 60 yuanów nie poszło na marne. Park naprawdę robił wrażenie. Było w nim mnóstwo posągów Buddy z różnych rejonów Azji, a na wysokiej skale był wykuty największy (albo jeden z największych) na świecie leżący Budda. Czytaliśmy na blogach, że do wielkiego Buddy jest strasznie duża kolejka, ale po drodze wcale nie widzieliśmy zbyt wielu turystów. Okazało się to złudne, bo po dotarciu na miejsce ujrzeliśmy kolejkę złożoną z miliona Chińczyków + dwoje białasów oprócz nas. W kolejce staliśmy tylko 3 godziny, po to aby przez 5 minut popatrzeć z dołu na wielkiego Buddę i zrobić sobie zdjęcie z wielkim palcem u jego stopy. Ale bardzo nam się podobało a dodatkowo dzięki staniu w tak długiej kolejce dostaliśmy darmową lekcję buddyzmu, a więc naukę cierpliwości.