Przez dwa ostatnie dni kontynuowaliśmy zwiedzanie stolicy Chin. Na pierwszy rzut poszło Zakazane Miasto. Skoro świt, czyli ok. 10:00 wyszliśmy z hostelu i biegusiem udaliśmy się do kasy biletowej. Ucieszyliśmy się, że jest mało ludzi w kolejce, bo wszędzie ostrzegali, że są tam potężne tłumy. Radość nie trwała długo – po przekroczeniu bramy okazało się, że wszyscy są już w środku
.
Wynajęliśmy sobie automatycznego przewodnika, czyli coś na kształt walkmana ze słuchawką – mieliśmy kontakt z bazą
. Pobyt wśród komnat cesarskich umilała nam chińska lektorka mówiąca po polsku z mandaryńskim akcentem
. Pałac jest ogromny, zbudowany symetrycznie, a mieszkali w nim kolejni cesarze dynastii Ming i Qing, cesarzowe, cesarzowe wdowy i konkubiny (jeśli kogoś z czytających tego bloga pominęliśmy to bardzo przepraszamy
).
W pałacu spotkaliśmy grupkę Brazylijczyków, którzy założyli fanclub maczka. Wcześniej spotkaliśmy ich w Szanghaju i bardzo chcieli zrobić sobie z maczkiem zdjęcie. Tym razem była powtórka z rozrywki. Jak tylko nas zauważyli to zaczęli krzyczeć “Amigo! Amigo!” i była oczywiście kolejna sesja z maczkiem. Nie wykluczone, że jeszcze ich spotkamy
. To nie był jedyny przypadek zdjęć z naszym udziałem. Nasz blog chyba jest tutaj bardzo popularny i nie jest blokowany przez chińskie władze, bo prawie codziennie jacyś Chińczycy robią sobie z nami zdjęcie. Jesteśmy również ostrzeliwani przez chińskich paparazzi, którzy z nienacka (lub tzw. przyczajki) robią nam zdjęcia lub filmują. Ach ta sława…
Tego samego dnia zwiedziliśmy też świątynię Nieba, ale dużo bardziej podobało nam się w restauracji Quanjude Roast Duck Restaurant, gdzie serwowano kaczkę po pekińsku. Restauracja była kilkupiętrowa – my wylądowaliśmy na 4. piętrze. Wystrój w środku był jak z serialu “Dynastia” – kryształowe żyrandole, pozłacane ściany, piękne haftowane obrusy i… kucharze w maskach przeciwwirusowych
. Zamówiliśmy pół kaczki + gadżety, czyli naleśniczki, ogóreczki, cebulkę, czosneczek, cukier, sos i musztardę o konsystencji rosołu. Po jakichś 20 minutach czekania dosłownie wjechała kaczka
. Przy naszym stoliku kucharz przy użyciu tasaka podzielił ją na małe kawałki. Dostaliśmy talerz mięska + pół kaczej głowy wraz z mózgiem. Kelner zaprezentował sposób jedzenia – kawałek mięsa macza się w sosie i układa na naleśniku wraz z dodatkami. Po czym naleśnik zawija się i wędruje on prosto do ust w przypadku myszki. W przypadku maczka maczany był w piekielnie ostrej musztardzie
. Zanim jednak trafiliśmy na pyszną kaczkę, postanowiliśmy udać się do restauracji polecanej przez Lonely Planet – Bianyifang Kaoyadian. Pokazaliśmy taksówkarzowi na mapie gdzie chcemy jechać, coś tam pomamrotał po chińsku i podwiózł nas pod samą restaurację. Ku naszemu rozczarowaniu restauracji już nie było. Ba – nie było połowy budynku, w którym kiedyś się znajdowała
. No cóż…
Następnego dnia, czyli w czwartek, z samego rana wybraliśmy się na Wielki Mur. Jest kilka miejsc w okolicy Pekinu, gdzie można zwiedzać mur. My wybraliśmy najbliższe i najbardziej zatłoczone miejsce – Badaling, które okazało się nie być aż tak zatłoczone jak się spodziewaliśmy. Wystarczyło wdrapać się trochę wyżej i dalej niż inni, by móc ponapawać się w spokoju tym jednym z siedmiu cudów świata (oczywiście zaraz po Mazurach, Chybotku i wodospadzie Kamieńczyk
). Do Badaling dojechaliśmy miejskim autobusem 919 za 12 yuanów i jest to jedna z najtańszych opcji dostania się na mur. Tym samym nie opłaca się płacić 240 yuanów za wycieczkę, które organizują wszystkie hostele i biura turystyczne. I tutaj trzeba uważać, bo na drodze od stacji metra do przystanku jest biuro sprzedające takie wycieczki, i oczywiście masa naganiaczy, którzy po spytaniu gdzie jest przystanek 919 kiwali przecząco głową i pokazywali palcem na to właśnie biuro. Podróż trwa dokładnie godzinę (Lonely Planet twierdzi, że 90 minut).
Na miejscu trzeba uważać i nie kupować wody, którą sprzedają “tubylcy”. Jest to zwyczajna, podstępnie zabutelkowana kranówa, za którą wołają sobie czasami nawet po 10 yuanów (za butelkę 0,5l). Wiedzieliśmy o tym wcześniej i zaopatrzyliśmy się w mieście
.
Na mur wjechaliśmy kolejką, która wyglądała jak karuzela dla dzieci, a resztę przeszliśmy na piechotę. I tutaj daliśmy się trochę naciąć, bo kupiliśmy nieświadomie bilet na “karuzelę” w obie strony, co okazało się bez sensu, bo ta kolejka jeździła tylko w jednym miejscu i trzeba by było się wracać dość spory kawałek po, momentami, bardzo stromych schodach.

4 komcie :)
I am the king of the world?
…ahhh zapomniałam dodać, że komcio jest do przedostatniego foto rzecz jasna
A ten niedźwiedź to wypchany??
zdjęcia są rewelacyjne!!! a mur naprawdę robi wrażenie!!!
…
widzę Maczek, że z “ceramiką bolesławiecką” też masz zdjęcie
a jak tam nastroje przed powrotem do rzeczywistości?
w końcu wszystko co dobre…c.d.znacie
Tutaj se coś naskrob
Jeśli pragniesz aby przy Twoim komciu znalazł się Twój zacny ryjek zarejestruj się na www.gravatar.com używając tego samego adresu email, którego użyłeś (użyłaś) przy rejestracji na naszym blogu i wgraj tam swoje zdjęcie/awatar. Zdjęcie to będzie widoczne automatycznie przy każdym Twoim komentarzu na naszym blogu, jak również na wielu innych blogach w Internecie.