Właśnie mija setny (sic!) dzień od naszego poprzedniego wpisu. Nie będziemy zmyślać, że myszka uczęszczała na wieczorowy kurs robienia na drutach a ja dorabiałem po pracy jako wykidajło w barze mlecznym, i przez to nie mieliśmy czasu… Po prostu mieliśmy wielkiego (śmierdzącego) lenia ;D

Pomyśleliśmy, że jeśli dziś nie wskrzesimy bloga to umrze on śmiercią naturalną, a byłoby to dość przykre zwłaszcza dla setek tysięcy naszych wiernych czytelników oczekujących na relację, czy choćby zdjęcia z wyjazdu do Egiptu.

Dobra, nie ma co dalej owijać w bawełnę. Jedziem z koksem!

Do Egiptu pojechaliśmy w celach nurkowo-relaksacyjno-wycieczkowych 😉 Naszą bazą i noclegownią była Safaga, a konkretnie hotel Menaville, który mimo wszechobecnych gekonów i karaluchów, okazał się być strzałem w dziesiątkę. Pokoje wygodne, jedzenie pyszne i basen idealny do ćwiczenia dynamiki i statyki. Hotel położony jest nad samym morzem i ma dostęp do niewielkiej, ale bardzo ładnej rafy (idealne dla snurkujących). Ale nam, starym wyjadaczom, taka mała rafka nie wystarczała…

A oto nasza wesoła ekipa:

Będąc jeszcze w Polsce nawiązaliśmy kontakt z Marcinem Hajdaszem, który ma w Safadze bazę nurkową Dive-Top. Mimo, że Marcin w czasie naszego pobytu był w Polsce, ekipa egipska na czele z Ebiedem, wspólnikiem Marcina, spisała się na medal. Jako, że byliśmy solidną i zwartą 8-osobową grupą wynajęliśmy sobie łódź ze sternikiem i codziennie nurkowaliśmy w innym miejscu:

  • poniedziałek, 10.05 – Ras Abu Soma, Tobia Arba
  • wtorek, 11.05 – wrak Salem Express, Shaab Sheer
  • czwartek, 13.05 – Panorama Reef
  • piątek, 14.05 – Tobia Hamra, Tobia Soraya
  • poniedziałek, 17.05 – Tobia Arba (nocne nurkowanie myszki 😀 )
  • środa, 19.05 – Abu Soma Garden

Trzeba przyznać, że okolice Safagi obfitują w bardzo ciekawe miejsca nurkowe. To są wciąż tereny mniej uczęszczane niż Sharm el Sheikh czy Dahab, a przez to też mniej zniszczone. Warunki nurkowe nie należały do najłatwiejszych, bo prawie codziennie był duży prąd i fale. W pierwszy dzień myszka postanowiła spróbować freedivingu, ale nie spodobało jej się, że można oddychać tylko na powierzchni i kolejne dni spędzała głęboko zwiedzając rafy i puszczając bąble.

Dla mnie największą atrakcją miało być nurkowanie na wraku Salem Express. Statek ten na początku lat 90-tych kursował z Safagi do portu Djedda w Arabii Saudyjskiej, przewożąc pielgrzymów udających się do Mekki. 16 grudnia 1991 statek zderzył się z rafą nieopodal Safagi i w konsekwencji zginęło 470 osób, uratowało się mniej niż 1/3. Wrak leży na głębokości 10-30 metrów i jest widoczny z powierzchni wody. Miałem już w głowie zarys zdjęć, jakie mógłbym tam zrobić, ale natura mnie przechytrzyła…

Na wrak płynęliśmy bardzo długo a drogę umilały nam skaczące delfiny :). Gdy dopłynęliśmy na miejsce okazało się, że jest bardzo silny prąd i duże fale. Wahałem się czy brać ze sobą aparat czy nie, ale nie zważając na warunki przyodziałem mojego Canona 5d Mark II w obudowę Ewa-Marine U-BXP 100 (to taki gruby plastikowy worek, certyfikowany rzekomo do 50 metrów). W jedną rękę wziąłem aparat, w drugą latarkę (nie wiem po co) i tak uzbrojony wskoczyłem do wody. Pływanie z tym zestawem nie należało do najłatwiejszych. Jeszcze nie dopłynąłem do wraku a już nie czułem nóg ;). W wodzie tak bujało, że po zanurzeniu udało mi się strzelić ze trzy zdjęcia na ślepo, bo tak targało aparatem, że nie mogłem wcelować okiem w wizjer. Postanowiłem, że odpuszczę sobie fotografowanie i odstawię sprzynta na łódź. Po przepłynięciu paru metrów i po morderczych walkach z falami zauważyłem, że wysunął mi się zaworek do wdmuchiwania powietrza do obudowy od aparatu. Z zaworka na powierzchnię wody wydostawały się malownicze bąbelki, a do środka obudowy wlewała się radośnie morska woda. W tym momencie poczułem się jak Mitch Buchanan ze Słonecznego Patrolu i rozpocząłem akcję ratunkową. A że zachciało mi się zabrać pod wodę zestaw XXL czyli aparat + battery grip + lampę, to trzeba by było być Pudzianem, żeby płynąć i trzymać to wszystko na powierzchni jedną ręką. Tak więc musiałem pokonać jakieś 150 metrów do łodzi trzymając dwoma rękami aparat nad taflą wody i walcząc z żywiołem o jego życie, oraz swoje. Po drodze kilka razy zachłysnąłem się przepyszną morską wodą (nie polecam!). Do łodzi dopłynąłem od strony dzioba i zanim opłynąłem całą łódź zdążyłem kilka razy uderzyć głową w linę cumowniczą a prawym barkiem w burtę.

Ostatecznie dotarłem do drabinki i wdrapałem się na łódź. Na własnej skórze doświadczyłem, że gdy woda zalewa aparat, to wszystko inne nagle przestaje być ważne 🙂 Dałem sobie więc spokój z wrakiem, zrzuciłem pas balastowy, zdjąłem piankę i zacząłem reanimację. Aparat przeżył :D. A że w Egipcie wszystko schnie jakieś 50 razy szybciej niż w Polsce, to już na drugiego nura mogłem „spokojnie” zabrać ze sobą sprzęt do wody. Ale od tamtej pory przy każdym nurze z aparatem miałem dodatkowy balast – duszę na ramieniu…

Poza nurkowaniem na pełnym morzu, istotnym elementem naszej eskapady były poranne nurkowania z krowami morskimi. Nasz kolega, który kilka razy wcześniej był w hotelu Menaville, opowiedział nam, że o 5 rano na podwodnych łąkach niedaleko hotelu pasą się krowy morskie. Przez co najmniej tydzień codziennie wstawaliśmy rano, by tuż przed świtem móc zanurzyć się w wodzie i podziwiać te piękne zwierzęta. Podwodne łąki znaleźliśmy bez problemu, ale po krowach ani śladu :(. Nie udało nam się ich spotkać ale i tak te poranne nury były atrakcyjne – widzieliśmy dużo ciekawych ryb, masę skrzydlic, codziennie pływaliśmy z żółwiem a raz nawet natrafiliśmy na płaszczkę giganta (z ogonem miała ponad 2 metry).

Myszce najbardziej podobało się nocne nurkowanie, na które popłynęła na Tobia Arba. Było tyle przeróżnych dużych ryb i drapieżników (mureny, skorpeny, …), że po nocnym nurze stwierdziła, że w dzień nie ma w ogóle sensu wchodzić do wody ;). Spotkała wtedy hiszpańskiego tancerza (spanish dancer). I nie chodzi tutaj o przystojego chippendalesa, tylko o bardzo rzadko spotykanego czerwonego ślimaka morskiego :).

To tyle jeśli chodzi o moją wersję wydarzeń. Zapraszamy do obejrzenia fotek :D.

PS. Jeśli ktoś zastanawia się nad kupnem wynalazków typu Ewa-Marine czy Aquapac, czyli grubych „wodoszczelnych” worków na aparat, to stanowczo ODRADZAM. Przygoda na Salem Express nauczyła mnie, że inwestowanie w tego typu półśrodki może być bolesne. Na szczęście w moim przypadku wszystko dobrze się skończyło.

PS2. Zapraszamy też do przeczytania relacji z wyjazdu na stronie Bartka Morawca – Freedive.pl.