Hator, hator, hator… Egiptu ciąg dalszy…
Przebywając nad Morzem Czerownym należy uważać żeby nie dopuścić do porośnięcia ciała łuskami. Tak więc czasami i niechętnie wychodziliśmy na brzeg. Jako, że nasz hotel położony był na uboczu Safagi i szybko nam się znudziły dwa pobliskie sklepy (i dwie apteki
postanowiliśmy odwiedzić samo „centrum” miasteczka. Złapaliśmy busika, wytargowaliśmy cenę (tam i z powrotem) i po dziesięciu minutach byliśmy na miejscu. To znaczy na ulicy, wypełnionej straganami, gdzie można kupić wszystko (a jak czegoś przypadkiem nie mają to i tak skombinują). Był też meczet, kucający mężczyźni, płochliwe niewiasty robiące zakupy i osiołki czyli czar Egiptu w całej okazałości. Jako, że nie byliśmy zainteresowani handlem, szybko skręciliśmy w głąb pobliskiego osiedla. Idziemy idziemy, coraz brudniej i brudniej i nagle… zewsząd zaczęły zbiegać się dzieciaki. Uśmiechnięte, przekrzykują się wzajemnie, zadają pytania o nasze imiona, wiek oraz koligacje rodzinne (tak, okrzyknięto nas tam rodzeństwem!). Wszelkie bariery puszczają, trwają zabawy w berka, w „kosi kosi łapki”, sypią się zaproszenia do pobliskich domów, a my nie przystajemy tylko idziemy, idziemy zagarniając po drodze coraz więcej przedszkola. Aż do czasu. W pewnym momencie poszedł do nas chłopak nieco starszy, grzecznie się przedstawił i jeszcze grzeczniej poprosił żeby nie zagłębiać się dalej. Niechętnie zawróciliśmy, ale atrakcje się nie skończyły. Dopadł nas tak zwany „wioskowy głupek” oferując szereg usług turystycznych w tym doprowadzenie nas do głównej ulicy za jedyne 10 dolarów! No nie skorzystaliśmy
Przeszedł samego siebie jak próbował wyciągnąć od nas kasę za doprowadzenie nas do busa, z którym już wcześniej byliśmy umówieni w określonym miejscu.
W międzyczasie pobłąkaliśmy się po pustyni, trochę wielbłądem, ale krótko, bo straszliwie giba i niewygodnie. Dużo bardziej spodobały nam się szaleństwa na quadach, podczas których zdobywaliśmy specjalności w jeździe na oślep w tumanach kurzu, skokach po wertepeach i pokonywaniu siły grawitacji na dość sporych wzniesieniach. I tak nasze umiejętności okazały się niczym podczas powrotnej podróży jeepem z pustyni, gdzie nasz kierowca urządzał wyścigi na autostradzie w panujących tam egipskich ciemnościach, bez włączonych świateł. Jako, że poziom był extra hard, inni uczestnicy wyścigu również nie mieli nawet najmniejszych światełek. Podczas tej wycieczki były też inne, mniej ciekawe atrakcje typu: zwiedzanie wioski beduińskiej (wystruganej specjalnie na potrzeby turystów – dopatrzyliśmy się bambusa jako budulca lepianek!!!), kolacja z pokazem tańca brzucha i derwiszów oraz lampienie się przez teleskop na okoliczne planety. Jedna praktyczna uwaga, polecamy skorzystanie z usług lokalnych biur podróży, gdzie cena takiej wycieczki będzie ponad dwukrotnie tańsza niż u hotelowego rezydenta, a poziom kiczu dokładnie ten sam
Poza tym wybraliśmy się na zorganizowaną wycieczkę do Luxoru i okolic. Było gorąco, bardzo gorąco, dużo piachu, ruin i kamieni. Po drodze byliśmy zmuszani do odwiedzania tzw. wytwórni papirusu i innych badziewi, które stworzone są wyłącznie po to żeby zedrzeć z turystów pieniądze. „Najciekawsza” przygoda z tego wyjazdu to pobyt w Dolinie Królów. Nie można tam było robić zdjęć ale korzystając z okazji, że nikt nie pilnuje i nikt nie widzi maczek zrobił zdjęcie komórką w grobowcu Ramzesa IX. Gdy wychodziliśmy z grobowca już czekał na nas mundurowy i pokazywał palcem na kieszeń, w której był telefon. Skonfiskował telefon i powiedział, że już go nie odda i że czekają maczka kłopoty – wizyta na policji, wysoka kara, itp. Na szczęście droga do wyjścia z grobowca była długa i zanim wyszliśmy z grobowca udało się gościa przekupić i odzyskać telefon. Kosztowało nas to 150 funtów egipskich
. I tak oto mamy najdroższą pamiątkę z Doliny Królów. Szkoda tylko, że grobowiec nie był zbyt atrakcyjnym obiektem fotograficznym
-
http://blog.foto-markowski.com christof
-
maczek
-
kam

