W zeszły weekend, a właściwie od czwartku do niedzieli, byliśmy całą rodzinką w Pradze. Była to pierwsza tak długa wyprawa Tomka i też pierwsza zagraniczna wyprawa. Z tej okazji Tomek dorobił się nawet swojego własnego paszportu.

W telegraficznym skrócie – było fajnie. Ale nie było łatwo. Jednak podróżowanie z niemowlakiem to zupełnie inna bajka niż podróżowanie samemu. Nie sprawdza się również „one bag traveling„, bo mały smyk potrzebuje strasznie dużo różnych dziecięcych gadżetów typu wanienka, pampersy, ubranka, kocyki, grzechotki, wózek, itp. itd. Trudno to wszystko zmieścić do jednego tobołka. Z resztą zauważyliśmy, że im bliżej jeździmy tym więcej bagaży ze sobą zabieramy :D.

Tomek nadzwyczaj często domagał się jedzenia (albo picia, bo było strasznie gorąco!), przez to czasami był bardzo marudny i to w najmniej oczekiwanych momentach, takich jak np. półgodzinna podróż tramwajem do hotelu połączona z „koncertem zespołu łzy” w wykonaniu Tomka ;). Ale mimo wszystko miłych momentów było znacznie więcej. Praga też nie jest najlepszym miejscem na spacerowanie z wózkiem, ze względu na wszechobecne „kocie łby”. Małe kółka i brak amortyzacji powodowały, że momentami trzęsło bardziej niż na A4 przed remontem ;). Ale może dzieci to lubią ;).

Myszka już kiedyś była w Pradze, więc prawie wszystko tam widziała. Ja do Pragi jechałem z zamiarem zobaczenia Mostu Karola, Złotej Uliczki, zjedzenia smażonego sera i wypicia czeskiego piwka. Udało się to tylko połowicznie – był Most Karola, było piwko (w ilościach minimalnych, ale zawsze coś 😉 ). Nie było smażonego sera, bo jakoś trafialiśmy na takie restauracje, gdzie nie podawali tego przysmaku. No i nie było Złotej Uliczki, bo do końca czerwca jest w remoncie – widziałem jedynie bramę z informacją, że są prowadzone prace renowacyjne. Ale podobało mi się. Zamek, katedra, starówka – gdzie nie popatrzysz tam zabytek. Również gdzie nie popatrzysz – tam Chińczycy :D. Obok naszego hotelu były dwie restauracje chińskie i sklep spożywczy prowadzony przez Chińczyków. Pierwszy raz widziałem Chińczyka mówiącego po czesku! 😀

Poza atrakcjami typu spacery i zwiedzanie, jednym z punktów programu było spotkanie z moim kolegą z USA – Jeremym, z którym przez ok. 1,5 roku pracowałem przy kilku projektach. Jeremy przez dobrych parę lat pracował na kontrakcie w USA ale z racji zawodu programisty mógł pracować zdalnie z dowolnego miejsca na świecie, wystarczyło mieć połączenie z Internetem. I tak mieszkał i pracował na Alasce, Hawajach, we Francji i kilku innych miejscach, w tym w Czechach, a konkretniej w Pradze. Ze wszystkich tych lokalizacji Praga najbardziej mu się podobała, dlatego postanowił ją ponownie odwiedzić i spotkać starych znajomych. Jeremy zaprosił nas do dobrej czeskiej restauracji „U Bileho Lva„, gdzie podawali tradycyjne czeskie potrawy. Smażonego sera oczywiście nie było, grrrrr…. ale za to była pyszna pieczona kaczka z modrą kapustą :).

Długo by opowiadać… zapraszamy do obejrzenia fotek ;).

PS. Zauważyłem, że Czesi tłumaczą nazwę swojej waluty na angielski. Korony to po angielsku Crowns. I tak np. gdy przychodziło do płacenia to mówili „five hundred crowns”… Dziwne, bo w Polsce nie słyszałem, żeby ktoś mówił, że cena to 500 Goldenów ;).

PS2. W drodze do domu zatrzymaliśmy się w Polanicy Zdrój, żeby napić się zdrowej, śmierdzącej zgniłymi jajami, pysznej wody mineralnej ;).