Halloween w Dublinie i Sens Życia (wg. Monty Pythona)
Nazwa Halloween pochodzi od All Hallow’s Evening, czyli Wigilia Wszystkich Świętych. Jest to święto wywodzące się z celtyckiego obrządku Samhain. W dzień ten ponad 2000 lat temu żegnano lato i witano zimę oraz obchodzono święto zmarłych. Jest to podobne święto do starosłowiańskich Dziadów, które obchodzone były tej samej nocy.
Dawniej wierzono, że tego dnia zaciera się granica między światem żywych i światem zmarłych. Zarówno dobre jak i złe duchy tego dnia mogły łatwo przedostawać się do świata żywych. Duchy przodków były czczone i zapraszane do mieszkań i domów, z kolei duchy złe były odstraszane. Stąd pozostała tradycja strojenia mieszkań upiornymi „gadżetami” tak żeby przegonić wrogie duchy, i tradycja przebierania się aby złe duchy nie mogły nas rozpoznać ani nam zaszkodzić.
Akurat się złożyło, że listopadowy długi weekend postanowiliśmy spędzić w Dublinie odwiedzając Iwonkę, Piotrka i Jasia. W Irlandii Halloween jest świętem narodowym, więc spodziewaliśmy się wielu atrakcji i niezapomnianych wrażeń.
Wrażenia na pewno będą niezapomniane ale atrakcje okazały się jednak trochę inne niż zakładaliśmy… (sytuację mniej więcej obrazuje poniższy filmik)
Pierwszy dzień spędziliśmy na mini zakupach w Penny’s, spacerze po Phoenix Park i wieczornym sushi w restauracji Yamamori. Nikt nie spodziewał się, że na drugi dzień złapie nas tzw. grypa żołądkowa. Zaczęło się w nocy od Tomka, który nagle zaczął bardzo mocno wymiotować. Później zaatakowało mnie – spędziłem półtora dnia w łóżku z gorączką, a w przerwach dla „relaksu” biegałem do łazienki
. Myszka nie miała rewolucji żołądkowo-jelitowych ale też złapała ją gorączka i osłabienie…
Kluczem programu oczywiście miało być Halloween. Oglądanie przystrojonych domów, parada upiorów, i inne. Skończyło się na tym, że wieczorem gdy dzieciaki zaczynały chodzić po domach i straszyć przeszliśmy się po okolicy pooglądać dekoracje. Przyznam, że nie powaliły mnie. Większość domów nie była w ogóle przystrojona, a pozostałe przystrojono bardzo skromnie. Może to efekt irlandzkiego kryzysu?
Po drodze widzieliśmy gromady poprzebieranych dzieciaków, które chodziły od domu do domu wołając „trick or treat” i zgarniając masę cukierków. Dziwne, że nas nikt nie uraczył cukierkami, bo wyglądaliśmy jak zombiaki – wymęczeni, obolali i z gorączką
. Liczyliśmy też po cichu na to, że dzieciaki przyjdą do nas. Czekaliśmy uzbrojeni w paczkę Michałków. (Nie)stety nikt nie przyszedł, a Michałki oczywiście się nie zmarnowały
.
Na szczęście po 3 dniach wszelkie objawy ustąpiły i mogliśmy aż jeden dzień poświęcić na zwiedzanie okolicy – zobaczyliśmy fabrykę Guinnessa i katedrę Christ Church. Fabryka bardzo nam się podobała. Można było zobaczyć proces produkcji piwa Guinness, degustować i w cenie biletu wypić perfekcyjny kufel piwka – do wyboru albo nalany przez barmana w barze na samej górze, albo przez siebie po krótkim instruktażu co i jak. Wybrałem drugą opcję i dostałem certyfikat nalewacza Guinnessa
. Tomkowi chyba też się podobało, bo całe muzeum zwiedził „na jawie”, dopiero jak wyszliśmy uciął sobie drzemkę.
W Christ Church chcieliśmy przede wszystkim zobaczyć kawiarnię zrobioną w krypcie. Niestety okazało się, że całość zajęła jakaś wycieczka szkolna i był taki ścisk, że szybko się stamtąd ewakuowaliśmy.


